Rok więzienia za pragnienie

January 21st, 2007


Tego szokującego czynu dokonał w najgorszy z możliwych sposobów – po “Kroplę Beskidu” wartą 1,49 zł sięgnął przez szybę wartości około tysiąca złotych! Niestety, wedle prawa, to już kradzież z włamaniem…

Całe zajście miało miejsce na osiedlu Białostoczek. Młody człowiek wybił szybę, zabrał wodę i wpadł w ręce policji. Przy okazji wyszło na jaw, że sfałszował legitymację szkolną, postarzając się aż o rok – prawdopodobnie po to, żeby wcześniej korzystać z dobrodziejstw bycia dorosłym (kupowanie alkoholu, wstęp do dyskotek).

- Osiemnastolatek przyznał się do zarzucanych mu czynów, ale w przypadku kradzieży z włamaniem i przy takich stratach nie mogliśmy zrobić nic innego, jak tylko skierować do sądu akt oskarżenia – mówi Katarzyna Pietrzycka, szefowa Prokuratury Rejonowej Białystok Północ.

Normalnie za kradzież z włamaniem grozi od roku aż do 10 lat więzienia.

Autor artykułu: Rafał Malinowski

Nikt po nim nie zapłakał

January 19th, 2007


Już na długo przed tym, jak po raz pierwszy nazwisko Dobrzyńskiego pojawiło się wśród kandydatów na wojewodę podlaskiego, wiadomo było, że z obsadzeniem tego stanowiska Prawo i Sprawiedliwość będzie miało wiele kłopotów. Partia po wygraniu wyborów parlamentarnych borykała się z brakiem liderów. Pierwszy garnitur polityków zasiadł w ławach na Wiejskiej, wojewody trzeba było szukać wśród mniej znaczących działaczy.

Jurgiel kontra Putra

Do tego w walce o obsadzenie stanowiska wojewody zwarły się dwa stronnictwa PiS – jedno nazywane umownie grupą Krzysztofa Jurgiela, drugie – grupą Krzysztofa Putry. Walka nie polegała raczej na wystawianiu coraz to lepszych kandydatów, ale bardziej na blokowaniu tych, wystawionych przez konkurencję. Siły były wyrównane, dlatego nominacja wojewody podlaskiego była jedną z ostatnich w kraju. A i kandydaci nie byli orłami – w ocenie specjalnej ministerialnej komisji, żaden z nich nie nadawał się na urząd wojewody.

W końcu górą był Jurgiel – na fotelu wojewody umieścił Dobrzyńskiego, jednego ze swoich najbliższych współpracowników. Mimo że nie brakowało wątpliwości, co do jego kompetencji. Mimo że styl uprawiania przez niego polityki był wszystkim znany – słowa kompromis, współpraca i negocjacje w słowniku Dobrzyńskiego nie istnieją.

Niemiłe złego początki

Pierwszy popis Jan Dobrzyński dał w chwili, kiedy odwiedzili go białostoccy przedsiębiorcy. Przegnał ich z gabinetu, postraszył Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I taka była współpraca z biznesmenami przez cały rok – aż wiało chłodem.

Potem były kolejne wpadki – poróżnił się z prawosławnymi, choć z wystąpień przeciwko mniejszości znany był jeszcze jako radny. Z biznesmenami było coraz gorzej. Czarę goryczy przepełniło zablokowanie przez Dobrzyńskiego możliwości budowy centrum handlowego przy Jurowieckiej. Źle układała się współpraca z magistratem – część uchwał rady miejskiej była uchylana, bo wojewoda znajdował w nich uchybienia.

Pierwsze zapowiedzi końca kariery Dobrzyńskiego pojawiły się już jesienią ubiegłego roku, wraz z nominacją Jarosława Zielińskiego na stanowisko w MSWiA. Suwalski poseł, któremu dużo bliżej do Putry niż do Jurgiela, został wiceministrem odpowiedzialnym za pracę wojewodów.

- Koniec Dobrzyńskiego to już tylko kwestia czasu, trzeba jedynie znaleźć powód jego odwołania – mówili wtedy politycy PiS.

Okazją stała się ocena wojewodów. PiS wprowadziło zasadę, że przeprowadzana jest przez pół roku. W końcu premier zdecydował się na zmianę na Mazowszu, Warmii i Mazurach oraz Podlasiu.

Wiceminister Zieliński, który wczoraj przyjechał do Białegostoku, by podziękować Dobrzyńskiemu za jego roczną pracę, nie wymienił jednak żadnych konkretnych powodów zwolnienia go z pracy.

- Premier ma prawo do powoływania i odwoływania wojewodów, gdy uzna to za uzasadnione. Niektórzy ludzie są w pewnym okresie najlepsi, ale potem są inne czasy i potrzeba innych ludzi – wyjaśnienia Zielińskiego były raczej skąpe.

Niewiele więcej mówi Krzysztof Putra. – Dobro województwa jest sprawą nadrzędną. Nie będę komentował dotychczasowej pracy Dobrzyńskiego. Nie chcę komentować decyzji premiera, ale to na pewno najlepszy premier, jakiego mieliśmy od 1989 roku – przekonuje wicemarszałek Putra.

Lokalni działacze PiS są bardziej rozmowni. – Zaletą Dobrzyńskiego było to, że podejmował decyzje. Ale często najpierw decydował, a potem myślał. To się wielu osobom nie podobało. I to jest kolejny powód, oprócz oczywiście gry prowadzonej między tracącym wpływy Jurgielem a próbującym budować swoją siłę Putrą – mówi jeden z polityków PiS. Wybór Paszkowskiego, ocenia, to duży sukces Putry, a on potrzebuje sukcesów, po tym, jak jego partii nie udało się przejąć władzy w sejmiku. Sam marszałek o zwycięstwie nie mówi. – Bo PiS jest tylko jedno – zapewnia.

Wojewody nie żal

- Martwią tylko okoliczności jego odwołania, bo tu chodzi wyłącznie o konflikt w PiS. Tym razem to marszałek Putra potrzebował dla swojego środowiska sukcesu. Stąd nominacja Paszkowskiego. A co będzie, jeśli za rok Jurgiel znów będzie miał większe wpływy. Wtedy Paszkowski zostanie odwołany? I znów kolejny wojewoda przez rok będzie się wszystkiego uczył. Po Dobrzyńskim było ostatnio nawet widać, że idzie mu coraz lepiej, że zaczyna mieć kontakt z ludźmi – zastanawia się Robert Tyszkiewicz, poseł PO.

Marszałek województwa Janusz Krzyżewski nie chce komentować odwołania Dobrzyńskiego. Współpracował z nim przez ponad rok. – Chociaż trudno to nazwać współpracą, bo on nie za bardzo wie, co to znaczy “razem”. Mogę tylko powiedzieć, że razem mogliśmy wiele zrobić, nie zrobiliśmy nic – ocenia Krzyżewski.

Porażką współpracy na linii wojewoda – marszałek jest na pewno sprawa budowy lotniska. Porażką, do której rękę przyłożył wojewoda, jest też zablokowanie zagospodarowania terenów przy Jurowieckiej. O budowie galerii w tym miejscu myśli spółka sportowa Jagiellonia, inwestycji takiej nie wykluczają władze miasta, jednak wojewoda zatrzymał wszystkie plany budowy. Dlaczego? Tego właściwie do dziś nie wyjaśnił. To dlatego biznesmeni cieszą się z jego upadku.

- Na pewno wzniesiemy toast za nowego wojewodę. Oby lepszego. Za takiego, który będzie miał serce do przedsiębiorczości, który nie będzie nam odbierał siedziby, doprowadzi do powstania lotniska, będzie działał na rzecz rozwoju regionu. Myślę, że gdy odszedł hamulcowy, wiele spraw będzie można załatwiać szybciej i sprawniej, z lotniskiem na czele – mówi Lech Pilecki, szef Podlaskiego Klubu Biznesu.

Co z Dobrzyńskim?

Na razie wyrzucony wojewoda zamierza odpocząć na kilkutygodniowym urlopie. Minister Zieliński przewiduje jednak, że jeszcze nieraz pojawi się na publicznym stanowisku.

Może się to stać dużo szybciej, niż wszyscy się spodziewają. Nazwisko Dobrzyńskiego pojawiło się wczoraj wśród kandydatów na nowego prezesa Zakładu Energetycznego – były wojewoda już wczoraj miał odebrać wszystkie dokumenty potrzebne do startu w konkursie na prezesa.

Na www.poranny.pl fragmenty wideo z wczorajszej konferencji prasowej w urzędzie wojewódzkim .

Autor artykułu: Tomasz Żukowski

Warszawska do Warszawy

January 19th, 2007


Białostocka prokuratura rejonowa sprawę umorzyła, ale minister sprawiedliwości właśnie nakazał warszawskiej prokuraturze przyjrzeć się ponownie sprzedaży kamienicy przy ulicy Warszawskiej 9.

Jak to ze sprzedażą było

Budynek przy Warszawskiej został kupiony przez Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych w 1998 roku za 1,2 mln zł. Przez sześć lat związek miał tam swoją siedzibę. W tym czasie przeprowadził szereg remontów, m.in. wymienił instalacje i położył nowy dach.

Jednak w 2004 roku fundacja “Wsparcie” (założona przez działaczy OPZZ), która przejęła majątek związku, postanowiła pozbyć się kamienicy przy Warszawskiej. Mimo unijnego boomu na zakup nieruchomości, została ona sprzedana białostockiej firmie budowlanej RAWBUD za 1,25 mln złotych.

- A przecież w tym czasie ceny nieruchomości i gruntów poszły w górę o około 50 procent – przypomina Eugeniusz Muszyc, szef Podlaskiej Federacji Związków Zawodowych Pracowników Ochrony Zdrowia.

To właśnie on rok temu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w związku z tą sprawą. Prokuratura Rejonowa w Białymstoku badała ją przez pół roku i w marcu 2006 roku postanowiła umorzyć. Dlaczego?

- Nie znaleźliśmy znamion przestępstwa – mówi teraz Joanna Dąbrowska, szefowa międzyrejonowego działu śledczego w Prokuraturze Rejonowej w Białymstoku. I dodaje: – Zamówiliśmy opinię biegłego rzeczoznawcy, który określił wartość kamienicy w tamtym czasie na 1,279 mln zł.A to niewiele więcej niż kwota, za jaką została ona sprzedana.

- Ale wycenę sporządził rzeczoznawca, którego biuro sąsiaduje z siedzibą firmy, która kupiła kamienicę – twierdzi Eugeniusz Muszyc. – Widziałem też zeznania jednego z biznesmenów, który oferował za budynek 1,8 mln zł. Dlaczego więc przetarg wygrała firma, która dawała o pół miliona złotych mniej? To podejrzane.

Minister woli sprawdzić

Eugeniusz Muszyc napisał w tej sprawie do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Jego list został potraktowany jak zawiadomienie o przestępstwie i sprawa znów trafiła do prokuratury, tym razem okręgowej w Warszawie.

- Dołączyliśmy ją do śledztwa w sprawie zbycia przez fundacje, pozakładane przez działaczy OPZZ, 140 obiektów w całym kraju. Na razie jest to postępowanie w sprawie, a nie przeciwko – dodaje Maciej Kujawski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

- Ale nikt nas nie informował, że wznowiono śledztwo – dziwi się Joanna Dąbrowska.

Kiedy zakończy się śledztwo?

- Na razie trudno to określić – odpowiada Maciej Kujawski.

Autor artykułu: Anna Łubian

Jedni tracą, inni zyskują

January 19th, 2007


Oświadczenia majątkowe, a raczej termin ich składania, wywołały niemałe zamieszanie wśród wszystkich samorządowców. Wczoraj napisaliśmy, że trzynastu białostockich radnych może stracić mandat. Byli oni zobowiązani do złożenia kilku oświadczeń. O własnym majątku mieli poinformować w ciągu trzydziestu dni od ślubowania, a pozostałe oświadczenia złożyć w ciągu trzydziestu dni, ale od daty wyboru. Okazało się także, że nie wszyscy radni musieli składać pełny zestaw oświadczeń.

Każdy powinien znać prawo

Zdaniem Jarosława Zielińskiego, wiceministra spraw wewnętrznych i administracji, całe zamieszanie wynika z nieznajomości prawa przez osoby sprawujące publiczne funkcje.

- Każdy, czy to wójt, czy to burmistrz, czy prezydent, czy przewodniczący rady, czy zwykły radny, musi znać prawa i obowiązki, które go dotyczą – wyjaśniał Zieliński podczas wczorajszej konferencji prasowej w Białymstoku. – A jeżeli ktoś przez nieuwagę, przez lekceważenie lub niezrozumienie tych obowiązków nie dopełnił, niestety, musi ponieść konsekwencje.

I dlatego na razie nie można jednoznacznie wskazać, czy ktoś straci mandat radnego, czy nie.

- Przepisy mówią, że trzeba składać, oświadczenie, jeżeli małżonek prowadzi działalność. Teraz otrzymuję informację, że takich oświadczeń nie złożyło dwudziestu jeden przewodniczących w województwie podlaskim, ale nie oznacza to, że stracą mandaty. Mogli ich nie złożyć, bo po prostu współmałżonek działalności nie prowadzi i takie oświadczenie nie było potrzebne – tłumaczył Zieliński.

Straci albo nie

Urzędnicy, a nawet prawnicy, przyznają, że całego zamieszania nie byłoby, gdybyśmy mieli bardziej przejrzyste prawo. – To prawda, że musimy także pomyśleć o przepisach, bo może powinny być bardziej jednoznaczne – przyznaje wiceminister

A to właśnie przez niejasność przepisów, niektórzy radni nie będą mogli spać spokojnie przez najbliższe tygodnie.

- Przepisy mówią, że oświadczenia o działalności współmałżonków trzeba składać trzydzieści dni od daty wyboru. Nie wiadomo jednak, co taką datą wyboru jest. Czy ma to być dzień wyborów, czy dzień, kiedy ogłoszono, że radny został wybrany – zastanawia się Włodzimierz Kusak, przewodniczący białostockiej rady miejskiej.

Zdaniem byłego wojewody Jana Dobrzyńskiego, Kazimierz Romanowski, który złożył swoje oświadczenie 13 grudnia, czyli trzydzieści jeden dni od daty wyborów, prawdopodobnie straci swój mandat. – Pan wojewoda mówi to na własną odpowiedzialność, bo do końca jasności nie ma. Może to się stać, ale nie musi – odpowiada wiceminister Zieliński.

Pewne jest jedno, że mandat może zostać odebrany uchwałą rady miejskiej, a radny uchwałę tę może zaskarżyć do sądu. Jeśli rada nie podejmie takiej uchwały, wtedy po trzech miesiącach mandat wygasza wojewoda. I w tym przypadku radny może się sądzić.

Autor artykułu: Agnieszka Kaszuba

Filmy robię przy okazji

January 16th, 2007


Kurier Poranny: Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby objechać naszą wschodnią granicę?
Irek “Parkos” Prokopiuk: To była chęć dokumentacji jakże ulotnego zjawiska, jakim jest pogranicze. Wyjechaliśmy na koniec kwietnia 2004, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Przywieźliśmy siedem czy osiem godzin materiału, mieliśmy go raz dwa zmontować, ale kolega, który miał to robić, wyjechał do Stanów. W końcu zrobiłem to sam. Montaż zakończył się pół roku temu.

Dokument ma tytuł “Okno na Wschód”. Znaleźliście to okno?
- Szczerze, to rozmawianie dziś o tym filmie jest trochę po ptakach. Ale zdecydowaliśmy się na promocję, żeby ludzie przypomnieli sobie o tym materiale. A taka “rozkminka”, czy znalazłem okno, czy nie? Dwa lata temu można było do tego podchodzić filozoficznie. Dziś nie podchodzę do tego już tak emocjonalnie.

Zapytam więc, gdzie trafiliście na najciekawszych ludzi?
- Na Podlasiu jest największy optymizm. Taka skromna biedota, ale optymistyczni bardzo ludzie. Przy Bałtyku i dalej w kierunku Suwałk panują klimaty depresyjne, tzw. rozjebunda. Suwałki – tam wyczuli koniunkturę, agroturystyka, Podlasie – bardzo swojskie klimaty. A im dalej na południe, to wydawało nam się, że ludzie są mniej przyjaźni, bardziej nieufni. A już w ogóle w góry jak zajechaliśmy, to było na zasadzie: długie pytanie, krótka odpowiedź.

Przed “Oknem” zrobiłeś “Rudaki”. Już tam rozmawiałeś z mieszkańcami o Unii.
- Tak. To było jakby pójście za ciosem. Chcieliśmy zrealizować publicystykę. Wiem, że “potomnym” to się spodoba. Ten materiał nabierze mocy za dziesięć, piętnaście lat. Kiedy te osoby, które teraz mają po 10-15 lat, będą miały po 20-25 i zacznie się u nich jakiś światopogląd tworzyć, to do tego zajrzą. Bo jak dziś się patrzy na film sprzed trzydziestu lat, nawet jeżeli był spierdzielony totalnie, to jest to historia. Widziałem ostatnio sprzed 30 lat wesele. Super. To, jak się ludzie ubierają, jak się bawią. Było bez dźwięku, żałowałem, że nie można było usłyszeć o czym wtedy mówiono.

A próbowałeś pchnąć “Okno” gdzieś w Polskę? Na festiwale jakieś?
- Festiwale niezależne mają zazwyczaj ograniczenia czasowe. A film trwa 46 minut. Ja jestem świadom tego, że jest to nadal amatorska produkcja i na festiwalach, gdzie siedzą nasi dokumentaliści z górnej półki, to może nie przejść kwalifikacji. Do Hiszpanii na razie wysłałem na offy dokumentalne. Zobaczymy, jak będzie odebrane. Bo w przypadku realizacji, które dotyczą trochę polityki, socjologii, społeczeństwa, to jest takie ryzyko czasowe, że nie wstrzeliwujemy się w temat, który jest na topie. Gdyby to było przed wejściem do Unii… Bo teraz weszliśmy, jesteśmy i okej, nie rozważajmy już, jak to było.

Niektórzy z niezależnych próbują wpychać swoje rzeczy do TVP Kultura, Kino Polska czy do innych stacji. Próbowałeś w ten sposób promować swoje filmy, zarabiać na nich?
- “Okna na Wschód” jeszcze nie wysyłałem do Kino Polska, w TVP nie znam osoby, do której mógłbym się zwrócić.. A poza tym mówimy o śmiesznych pieniądzach. Dzięki temu mogę sobie pozwolić na prezentacje filmów na zasadzie “obejrzyjcie sobie”. Produkcja “Okna” to trzech kumpli, po dwie stówy na paliwo zrzuta i jedziemy. Nie liczę na zwrot inwestycji.

Nad czym teraz będziesz siedział?
- “Białoruś”, żeby na marzec odpalić, na rocznicę (miasteczka namiotowego na placu Październikowym). Taka jest przymiarka. Ale czasami pewne projekty trzeba odłożyć na bok, no bo trzeba jakoś zarabiać na chleb. Na razie próbuję to godzić, bo z offu nie da się wyżyć. Można liczyć na nagrody, ja też wysyłam w Polskę “Dziwadło” z nadzieją, że jakieś nagrody dostanie. Ale bardziej po to, żeby do CV można było sobie dopisać. Ja nie jestem wyrachowany, żeby zrobić dwa filmy, wysłać na konkurs, dostać dwa dyplomy, kasę i zrobić dwa następne filmy. Ja robię filmy przy okazji. Można być offowcem do końca życia, jeśli ma się z czego żyć. Ja żyję z produkcji video.

Autor artykułu:
Andrzej Kłopotowski

Opera znów drożeje

January 16th, 2007


Do tej pory liczył, że zrobi to wspólnie z białostockim magistratem przy okazji powstania nowej siedziby urzędu.

Tak jednak się nie stanie, bo prezydent Tadeusz Truskolaski ma zupełnie inne plany niż jego poprzednik i nowej siedziby urzędu przy ulicy Pięknej (tuż obok przyszłej opery) budować nie zamierza. Tym samym nie ma zamiaru wchodzić w spółkę z urzędem marszałkowskim, ani firmą Deweloper, która w tym rejonie buduje multikino z restauracjami.

Dodatkowy parking, dodatkowe koszty

- Jeśli ten czarny scenariusz się potwierdzi, to będziemy musieli wrócić do pierwotnego projektu, który zakładał budowę kilkukondygnacyjnego parkingu pomiędzy budynkiem opery i multikina. Na szczęście nie trzeba tworzyć nowego projektu, ale niestety będzie to kosztować. Ile? Na razie trudno powiedzieć – przyznaje Lech Wasilewski, dyrektor departamentu inwestycji w urzędzie marszałkowskim.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że inwestor będzie musiał zapewnić dodatkowo kilkaset miejsc parkingowych, które obsłużą oba obiekty. Gdyby zbudować je nad ziemią, koszt nie byłby jeszcze taki wysoki. Niestety, na działce, na której trwa inwestycja, nie ma na to miejsca, więc parking musi znaleźć się pod ziemią. Będzie to kosztować dodatkowo przynajmniej kilka milionów złotych.

- Nie ma się jednak czego obawiać. Te pieniądze nie będą pochodziły z budżetu województwa. Będziemy się starać pozyskać je z zewnątrz – uspokaja Bożena Bednarek, rzecznik marszałka.

Wydatki rosną z budową

Bożena Bednarek przyznaje jednak, że to nie pierwszy wzrost kosztów budowy opery.

- Na początku rzeczywiście przewidywaliśmy, że może inwestycja może kosztować 70 mln zł. Ale okazało się, że trzeba posłużyć się innymi wyliczeniami i koszt wzrósł do 137,8 mln zł. Planując te kwotę, nikt jednak nie mógł przewidzieć, że białostocki magistrat zrezygnuje z budowy nowej siedziby – tłumaczy Bożena Bednarek.

Autor artykułu: Agnieszka Kaszuba

Jak ślub, to tylko 07.07.07

January 16th, 2007


Taka data to wyjątek, tym bardziej, że wypada w sobotę. Nic dziwnego, że narzeczeni koniecznie chcą się pobrać właśnie wtedy.

- Siódemka jest cyfrą bardzo mistyczną. Dlatego że sięga głębiej w energię. Poza tym daje bardzo dużo wolności wewnętrznej, spontaniczności – zdradza Teresa Korol, wróżka Qlevo, astrolog, tarocista.

Żeby zarezerwować w Białymstoku salę weselną czy zespół na ten dzień, trzeba było o tym myśleć rok, a nawet dwa lata wcześniej.

- Już na początku 2006 roku postanowiliśmy, że weźmiemy ślub siódmego lipca 2007 roku. Nie było innej możliwości. Szybko załatwiliśmy wszystko, co trzeba – mówią Dorota Firlit i Marek Bezubik.

Nie tylko oni postanowili skorzystać z magii cyfry siedem. A załatwić wszystkie formalności związane ze ślubem i weselem nie było łatwo.

- Datę tę wybraliśmy w maju ubiegłego roku i rozpoczęliśmy przygotowania. Mieliśmy kłopoty z fotografem i z zespołem. Te, które upatrzyliśmy, już były wynajęte na 7 lipca 2007 roku – opowiada Karol.

Wszystkie pary musiały też liczyć się z kłopotami przy rezerwacji sal weselnych.

- Mamy dwie sale zarezerwowane na ten dzień. Wolna jest tylko mniejsza, do 50 osób – mówi Jan Karczewski z Domu Gościnnego Lech.

Podobnie jest w innych popularnych lokalach w Białymstoku.

- Siódmy lipca tego roku cieszy się wielkim zainteresowaniem par, które chcą brać ślub. Rezerwowały one sale nawet z dwuletnim wyprzedzeniem – potwierdza Marcin Michałowski z Centrum Usług Ślubnych w Białymstoku.

- Nie ma się czemu dziwić. Taka data rzadko się zdarza. Jest fajna i atrakcyjna. Niektórzy wierzą, że siódemka przyniesie szczęście. Inni uważają, że ta data jest ciekawa, będzie na przykład ładnie wyglądać na zaproszeniu.

Autor artykułu: Marta Romańczuk

Gimbasket jest pełen nadziei

January 13th, 2007


- Jesteśmy pełni nadziei na zwycięstwo, bo więcej atutów wydaje się być po naszej stronie – mówi Hałaburda. – Wszystkie dziewczyny są zdrowe i dobrej myśli. Jeśli zagramy mądrze i i skutecznie, powinniśmy wygrać – dodaje.

Na inaugurację ligi białostoczanki wyraźnie przegrały na wyjeździe 45:67. Nadarza się zatem okazja do rewanżu.

- To będzie zupełnie inne spotkanie. Wtedy dopiero zaczynaliśmy normalnie trenować, a na dodatek wystąpiliśmy bez Małgorzaty Misiuk. Zabrakło nam kondycji i daliśmy się rozbić w ostatniej kwarcie. Teraz o tym nie ma mowy – dodaje z przekonaniem szkoleniowiec Gimbasketu.

Wygrana pozwoli białostockiej drużynie myśleć o przesunięciu się w górę tabeli, bo ekipa Hałaburdy ma w zanadrzu zaległy mecz z OSiR Żyrardów.

Spotkanie Gimbasket – Piaseczno rozpocznie się dziś o godz. 15.30, w sali I LO przy ul. Brukowej.

Autor artykułu: (kw)

Grunt to dobrze zacząć

January 13th, 2007


Mispol Żubry jest faworytem spotkania z Kutnem. Ostatnio jednak zespół trenera Marka Kubiaka nie potrafił wykorzystać atutu własnej hali, niespodziewanie przegrywając z ŻTS Nowy Dwór Gdański. Na kolejną wpadkę z teoretycznie słabszym przeciwnikiem, walczący o awans do I ligi białostoczanie nie mogą sobie pozwolić.

Zadebiutuje Chelis

W pierwszym meczu w Kutnie Mispol Żubry pokonał AZS 79:71, ale zwycięstwo nie przyszło białostoczanom łatwo.

- Akademicy to bardzo wymagający przeciwnik. Zespół oparty jest na wysokich i doświadczonych zawodnikach, którzy występowali w ŁKS Łódź. Grają szybko, trudno nam było ich zatrzymać. Długo szukaliśmy na nich sposobu. Spotkanie wygraliśmy dopiero w czwartej kwarcie – opowiada Kubiak.

- W Białymstoku też spodziewam się meczu walki. Kutno na pewno nie przyjedzie do nas, żeby przegrać. To będzie zacięty i ciekawy mecz. Każdy zespół chce jak najlepiej wejść w rundę. Po sparingach i ostatnich obserwacjach uważam, że drużyna wraca do formy – dodaje szkoleniowiec białostockiej ekipy.

W meczu z akademikami z Kutna pierwszy raz białostockiej publiczności będzie miał okazję zaprezentować się nowy zawodnik Żubrów – Łukasz Chelis. Trener Kubiak wierzy, że pozyskany z pierwszoligowego Sportino Inowrocław skrzydłowy, wzmocni jego zespół na zbiórce i pomoże w osiągnięciu celu.

Spotkanie Mispolu Żubrów z AZS Kutno rozpocznie się o godz. 17 w hali AMB przy ul. Wołodyjowskiego 1.

.
Czas na rewanż

Ciężka walka o utrzymanie się czeka zawodników Tura. Zespół z Bielska Podlaskiego musi w końcu zacząć wygrywać z drużynami, które są w jego zasięgu.
Novum, które na początku sezonu zaliczane było do grona faworytów, spisuje się poniżej oczekiwań. Co prawda na początku pierwszej rundy pokonała podlaskie ekipy, ale później niewiele już pokazała.

Podopieczni trenera Andrzeja Sinielnikowa powinni zatem nawiązać z Novum wyrównaną walkę i zrewanżować się ekipie z Bydgoszczy za porażkę na inaugurację sezonu.

Autor artykułu: Sylwia Kowalczyk

Naukowcy pomogą rozwijać się białostockiej firmie

January 13th, 2007


Postawiliśmy na innowacyjność. Stąd pomysł na współpracę z politechniką – wyjaśnia Zbigniew Gołąbiewski, prezes białostockiego Promotechu. – Niektóre problemy, na jakie będziemy napotykali projektując nowe produkty, staną się tematem badań naukowych, a także prac dyplomowych absolwentów Politechniki Białostockiej.

A co ma z tego uczelnia? – Przede wszystkim spełnienie jej misji, czyli podnoszenie poziomu gospodarczego regionu, a także praktyki i miejsca pracy dla swoich studentów i absolwentów – wylicza profesor Andrzej Seweryn, dziekan wydziału mechanicznego PB.

Magister na uczelni doktorant w firmie

Porozumienie z Promotechem uczelnia zawarła na początku stycznia tego roku, ale nieformalna współpraca zaczęła się już wcześniej.

- W 2004 roku trafiłem do Promotechu na praktyki zawodowe – mówi Dariusz Jabłoński, magister po wydziale mechanicznym politechniki, który dziś jest pracownikiem firmy i jednocześnie pisze pracę doktorską z tematu związanego z profilem działania Promotechu. Oprócz niego, staż w spółce skończy wkrótce jeszcze pięciu studentów uczelni. Kilku z nich firma zatrudni w tworzonym od lutego tego roku biurze projektowym, które będzie pracowało nad innowacyjnymi wyrobami (z pięcioletnim wyprzedzeniem).

W ubiegłym roku firma wprowadziła kilka nowych produktów, m.in. frezarki automatyczne, nowe typy nożyc i pras. Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej, choć zarząd spółki jest tajemniczy i nie chce ujawniać nowych projektów.

Unia “połyka” naszych inżynierów

- Coraz więcej firm interesuje się powiązaniem swojego rozwoju z badaniami naukowymi – cieszy się profesor Seweryn. – Promotech to przykład przedsiębiorstwa, które lubi wdrażać nowe projekty.

Ma też nadzieję, że dążenie do innowacyjności będzie coraz powszechniejsze. – Prowadzimy rozmowy z wieloma firmami, np. ChM Lewickie (firma medyczna – przyp. red.) czy Pronarem Narew – dodaje. – Nasi absolwenci trafiają do kadr inżynieryjnych w najlepszych firmach kraju, Europy czy USA. Unii brakuje około 600 tysięcy inżynierów, ale wolelibyśmy, żeby oni wykorzystywali swoje zdolności w kraju.

Autor artykułu: (peż)